Spread the love

Uważam, że ubranie  jest najbardziej zewnętrzną emanacją charakteru, indywidualności, zalet i wad, że mówi mnóstwo o człowieku, o jego stanach psychicznych, o jego usposobieniu, marzeniach i tęsknotach, formuje nastroje i samopoczucie…

Leopold Tyrmand (1954 r.)

 

W nawiązaniu do tego cytatu ośmielę się stwierdzić, że kobieta PRL-u może charakteryzować się odwagą, zmysłem estetycznym i należy złożyć jej hołd za to, że nie było jej obojętne, co włoży na grzbiet.  Dzięki temu ulice polskich miast wyglądały kolorowo i radośnie, a zagraniczni turyści urodą i gustem Polek zachwycali się bez pamięci.

Jeśli jednak zwrócilibyśmy uwagę na to, jak wielkich starań musiały dołożyć kobiety Polski Ludowej, by posiadać kompletną, niebrzydką garderobę, myślę, że mogłybyśmy temu nie dowierzyć. Największym problemem była jednak nadchodząca zima. Co zrobić, kiedy znalezienie jakiegokolwiek płaszcza graniczy z cudem, a to, co jeszcze uda się dostać, jest w nieodpowiednim rozmiarze?

Kobiety PRL-u, aby mieć zimowy płaszcz, musiały go uszyć same. To wymagało wiele umiejętności, jednak te przekazywano przez pokolenia. Zdobycie materiału to nie tylko pójście do sklepu, lecz także posiadanie bliższych kontaktów towarzyskich ze sprzedawczynią z odpowiedniego sklepu. Dopiero potem, przy pomocy wykrojów z „Przyjaciółki” lub „Burdy” a także według własnych pomysłów powstawały okrycia na chłodne dni. W latach 50. i 60. nie występowały puchowe kurtki, a proste, wełniane płaszcze, zwykle w jednolitych kolorach lub w popularny wtedy wzór — jodełkę, kratkę. Moda w tych latach była restrykcyjna — długość lekko poniżej kolana, wcięcie lub pasek dzielił sylwetkę w pasie i pięknie podkreślał talię; klapy kołnierza spore, guziki wyraźne.

Model płaszcza wg Burdy z 1955 roku

Burda 1968

„Moda Polska”, czyli przedsiębiorstwo państwowe powstało w 1958 roku, a jego zadaniem było projektowanie strojów według najnowszej światowej mody, produkcja oraz sprzedaż w krótkich seriach. Wszystko było podporządkowane ówczesnej władzy a projekty bez zatwierdzenia przez ministerstwo nie mogły zostać uszyte. Minimum dwa razy w roku odbywały się w Warszawie pokazy kolekcji, na które zaproszenia otrzymywały bardzo ważne postacie Polski Ludowej, a czasem pojawiały się na nich również zagraniczni goście — głowy państw oraz ich żony. Obejrzyjmy razem fragment pokazu zimowych płaszczy, który odbył się w 1960 roku. Film Polskiej Kroniki Filmowej (PKF 1960, odc. 38B, fragment od minuty 5:20 do 6:30 pt. „Moda”).  Warto zwrócić uwagę na sposób poruszania się modelek po wybiegu. 

Wyobraźmy sobie, że we wczesnych latach siermiężnego PRL-u zimowe kozaczki były niedostępne w żadnym sklepie. Nie myślmy jednak, że kozaki powstały dopiero w latach 70., gdyż w Stanach Zjednoczonych noszone je już wcześniej, a obuwie z wysoką cholewką nie były niczym niespotykanym. Osoby posiadające rodzinę za oceanem, miały możliwość nie ziębić stóp na śniegu za sprawą paczek zagranicznych, jednak znaczna większość dam musiała radzić sobie w nieocieplonych czółenkach. Widok doprawdy smutny i przyprawiający o dreszcze. Na potwierdzenie tych słów, zachęcam do obejrzenia serialu „Wojna domowa” z roku 1965, a dokładnie odcinka pt. „Zagraniczny gość”. Akcja dzieje się w śnieżną i mroźną zimę, a jedna z głównych bohaterek, wspaniała Irena Kwiatkowska grająca matkę Pawła — Zofię, wraca ze świątecznych zakupów w grubym futrze i… na niskich szpilkach. 

Futro! Zawsze marzyłam o posiadaniu eleganckiego futra. Wydaje mi się być kwintesencją damy, a jestem pewna że daje dużo ciepła i idealnie sprawdza się zimową porą. Z moich rozmów i poszukiwań okazuje się, że w PRL-u futro było bardzo popularne, zarówno sztuczne jak i królicze. Na polskich ulicach można było wejść do sklepów futrzarskich, które posiadały ich duży wybór (o ile akurat je „rzucili”).

Sklep futrzarski WSS Społem, 1966 rok (źródło: NAC)

Biorąc pod uwagę, że w początkowej fazie Polski Ludowej strojem noszonym przez kobiety były spódnice i sukienki, na nogach pań pojawiały się rajstopy. O tą część ciała należało dbać, gdyż była ciągle odsłonięta, a w sezonie zimowym musiała być dodatkowo ogrzana. Przemysł pończoszniczy był rozwinięty, a o zaopatrzenie dbała łódzka fabryka „Feniks”. Jedynym, słusznym kolorem rajstop był cielisty i beżowy; o czarnym bądź innym, fantazyjnym nie słyszano i nie noszono. Dziś śmiało zakładamy kolory ciemne bądź wzorzyste i nie jest to gafą. 

Kiedy zima się kończy, albo dopiero się zbliża, a śniegu i bardzo niskiej temperatury nie zapowiadają w pogodzie, modne kobiety PRL-u ubierają się w ortalion. Cóż to takiego? Myślę, że ten materiał w swoich dłoniach miała każda z pań. To sztuczna, nieprzemakalna tkanina wykonana z syntetycznego włókna, której istotną cechą jest szeleszczący dźwięk podczas noszenia. Płaszcz ortalionowy był tani, łatwo dostępny, dość elegancki i przede wszystkim – pożądany podczas deszczowych dni. Stał się na tyle popularny, że nosiły go kobiety mniej i bardziej majętne, a także mężczyźni, księża i milicja. Zachęcam do obejrzenia krótkiego, zabawnego reportażu o miłości do ortalionu przygotowanego przez Polską Kronikę Filmową w roku 1965. (PKF 1965, odc. 25A, od minuty 3:50 do 5:10, pt. „Mundur narodowy”. 

Gdy oglądam zdjęcia Polek z tamtego okresu, zachwycam się stylem, jaki sobą reprezentowały. W codziennych obowiązkach, w pracy, na wiosnę czy zimę zawsze starały się być eleganckie. Doceńmy to, gdyż nam jest dziś dużo łatwiej o bycie damą. Jak pięknie potrafi wyglądać kobieta w sukience i jak fantastycznie komponuje się z nią zimowy płaszcz i botki! Wiele bym dała, by móc dzisiejsze kobiety obserwować w takich strojach… Moja szafa i moja zima będzie wzorowana na tamtą modę i mam nadzieję, że kogoś również do tego zainspiruję. 

Paulina Kozłowska